Chevron $CVX dostrzega w Wenezueli „ruch w dobrym kierunku”, ale na razie to nie jest przełom. Po obaleniu Maduro i dojściu do władzy Delcy Rodríguez Caracas przystąpił do zmian legislacji naftowej mających przyciągnąć kapitał zagraniczny - łagodniejsza kontrola państwowa, większa przestrzeń dla prywatnych producentów, nowe umowy z Chevronem i innymi graczami w pasie Orinoko. Mike Wirth jednak otwarcie mówi, że to na „pożądane” wolumeny inwestycji na razie nie wystarcza: ramy się poprawiają, ale pewność prawna, stabilność kontraktów i ochrona kapitału muszą być znacznie dalej, niż są dzisiejsze pierwsze kroki.
Jednocześnie zwraca uwagę na twardą rzeczywistość: nie wystarczy zmienić prawo i wysłać sygnał inwestorom, brakuje też kapitału ludzkiego - przemysł naftowy w ciągu ostatniej dekady stracił dużą część wykwalifikowanych pracowników, którzy wyjechali za granicę. Bez powrotu ekspatów i masywnych inwestycji w odbudowę infrastruktury i łańcucha dostaw nie nastąpi żaden szybki powrót do „naftowego mocarstwa”, nawet jeśli Trump naciska na wznowienie wydobycia w Wenezueli i jednocześnie uruchamia Defense Production Act, aby federalne pieniądze przyspieszyły projekty energetyczne w kraju. Wirth podsumował to dość trzeźwo: ropy nie da się „włączyć” na rozkaz – potrzeba projektów, kontraktów, inżynierów i czasu.
Chyba się cieszę, że w to nie zainwestowałam, bo się na tym nie znam — teraz te firmy będą miały jeszcze jakieś problemy i akcje będą dalej spadać.
Nad tym się za bardzo nie zastanawiałam, ale to dobry argument, bo naprawdę nie chodzi tylko o ropę. Czy odpływ pracowników i inżynierów jest rzeczywiście aż tak fatalny?